No i mamy piękną pogodę. Widać to po mniejszej ilości wpisów na blogu – ciepełko wyciąga człowieka z domu i nie pozwala tracić czasu przed monitorem. I dobrze, bo po zimie aż się chce coś zadziałać na świeżym powietrzu. Weekend majowy trwał dla mnie cały tydzień i udało mi się w trakcie zaliczyć bardzo fajny wypad za granicę. Z grupką znajomych pojechaliśmy na Słowację – do miejscowości Liptovské Matiašovce, oddalonej około 380 km od Częstochowy. Widoki bajeczne – dookoła góry a po środku wielkie jezioro.

W okolicy są dwa aquaparki – Tatralandia i Basenova. Ten drugi obiecałam sobie zaliczyć przy okazji następnego wyjazdu, bo z powodu spalonych pleców i ogólnego zmęczenia nie dałam już rady. Tatralandię każdemu polecam – nie umiem co prawda pływać, ale z radochą biegałam od zjeżdżalni do zjeżdżalni. Ale do jednej – Bumerangu – na pewno już nie wrócę, a zjechałam tylko dlatego, że wstyd mi było stchórzyć. Powiem Wam szczerze, że serce na chwilę mi zamarło ze strachu…
Podsumowując – genialne miejsce na zabawę dla starych i młodych. Ale radzę wziąć jedzenie ze sobą, bo kolejki były kosmiczne a obsługa powolna. Szkoda tylko, że nie wszystkie atrakcje były już dostępne. Wejściówka dla osoby dorosłej kosztuje chyba 17 EUR na cały dzień. Da się przeżyć.
Po powrocie odkurzone zostały rowery i przydomowy grill. Wszystko cacy, ale oczywiście musiały się pojawić problemy, no i przy okazji wymiany kół w samochodzie na letnie (wiem, wiem, trochę późno…) okazało się że moja Mazia ma podłogę stylizowaną na ser szwajcarski. No to do blacharza… Aktualnie się robi. Oby mi zostało funduszy na wakacje
Dzień za dniem mija a tu rękodzieło całkowicie zaniedbane. Udało mi się tylko porobić kilka par kolczyków i uszyć testowy kuferek, zupełnie nieprzemyślany, potrzebny wyłącznie żeby trzymać pewne rzeczy w tzw. kupie. Wrażenia estetyczne nie były priorytetem. Zadanie spełnia w 100%. Sama pikowałam, dlatego wyszło troszkę nierówno.

A od kilkunastu dni Eve i Dexiu mogą szaleć jeszcze bardziej niż wcześniej, a to za sprawą mega drapaka, który powstał po części ze starego domko-drapaka Baśki – został obdarty ze starego obicia, opalony i obity na nowo miśko-podobym kocem kupionym w Leroy Merlin pod Częstochową. Wielka bela po alkantarze okręcona została sizalowym sznurkiem i prowadzi na wysokości, skąd jest świetny widok na królewskie włości.

Półka nad drzwiami nie wygląda jakoś strasznie wyjściowo i prawdopodobnie zostanie w jakiś sposób dopasowana kolorystycznie do ścian, ale na razie jest jak jest. Widać na zdjęciach czym koty się zajmują gdy nikt nie patrzy – tapety i tak mają zniknąć, więc nikt się tym nie przejmuje.
Przyznać się muszę, że Eve już mnie bardzo ładnie wytresowała – zrzuca mi zabawki z niższej półki a ja je wrzucam z powrotem na górę, Eve je łapie swoimi skalpelami, po czym łapką spycha na dół. I tak w kółko. Niepokoi mnie tylko jej spojrzenie – takie pogardliwe…

Chyba rośnie nam mała damulka. A z kolei Dexter to taka rozkoszna pierdoła… Stawiasz to to na podłogę a to się wywala – coś jak Ragdoll, który „flaczeje” po wzięciu na ręce

Dwa małe urwisy, które są zupełnie różne ale za to świetnie się dogadują. A poniżej moja wariacja na temat LOLcat.

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu!

Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.